Vidi – Patrzę i widzę…

Patrzę i co widzę…? – Piękne i niepowtarzalne okoliczności przyrody…? Najzwyczajniejsze w świecie owoce i gałązki cisu pospolitego…? Śliczne ujęcie, jak z obrazka…? Kiepskiej jakości zdjęcie, wykonane telefonem…?

Faktem jest to, co dzieje się teraz, oraz to, co wydarzyło się wcześniej…

Ale, czy czyjkolwiek opis obrazka, a nawet sam obrazek, czyli słowny, albo fotograficzny zapis danego stanu faktycznego – pozostaje tym faktem…?

Czy rejestrowanie stanu rzeczy w pamięci osobniczej, czy też w pamięci aparatu – odwzorowuje to, co rzeczywiście ma miejsce…?

Wybory. Akt I. Jesień 1985 roku. Na korytarzu szkolnym, przed klasą uczniowie trzeciej „e” L.O. siedzą oparci o ścianę i przed lekcją wychowawczą omawiają swoje odczucia w sprawie pierwszych wyborów, w których mogą wziąć pełnoprawny udział – kicha…lipa…kaszana…bzdura…fikcja… – zgodnie brzmi…

Wchodzą do klasy za wychowawczynią i ledwo siadają, słyszą od Pani: Czy wszyscy ci, co już ukończyli 18 lat, biorą udział w niedzielnych wyborach?

Zapanowała martwa cisza. Patrzę po tych, co najgłośniej na holu psioczyli, po pozostałych – niewzruszeni, w tablicę, w orła bez korony wpatrzeni…

Ręka ma, jakoś tak jakby sama ku górze drżąca, wzlata – Ja, Pani Profesor nie idę! – A czemuż to? (wychowawczyni pyta) – Ludzie do urn, a ja na grzyby i cały las, przez cały dzień, dla mnie!

Wychowawczyni pyta: Czy ktoś jeszcze? – Gdy odpowiada jej cisza grobowa, Pani Profesor wychodzi z klasy, bez słowa…

Wraca do klasy wraz z dzwonkiem i rzuca jakby ku mnie: „Ty idziesz do dyrekcji, reszta jest wolna”…

Ot! Myślę sobie – toż jakaś imbecyja powstać z tego gotowa!

Wchodzę na dyrektorskie salony, a tam…mamuśka moja rodzona – z zapłakanymi oczyma w kącie skulona, a Pani Dyrektor i sam vice, z posępnym obliczem, a groźnym dubeltowym bazyliszkiem wbitym od progu w lica me prawicze…

Nieco trwożnie, więc ostrożnie, acz z jakimś takim szelmowskim podnieceniem, myśli mi się… – A toście mi niespodziankę, niemoto wychowczyni, a wartka w działaniu dyrekcyjo – sprawili!

Co ty sobie, gówniarzu myślisz?! – mówi Pani Dyrektor – Żarty sobie z wyborów robisz?! Wszyscy do urn, a ty do lasu?! Matka z pracy przez ciebie ma być ściągana, a my nie mamy nic lepszego do roboty, niż znosić twoje wybryki, szczeniackie głupoty?! Dlaczego nie chcesz iść głosować, mów mi tu zaraz, bez ściemniania o jakichś całoniedzielnych grzybobraniach!

Zgłupłem – nie powiem – co za sprawa?! Lecz głos, choć mocno drżący, to dość stanowczo z gardła dobywam: Nie znam tych ludzi z list wyborczych, ni ich programów, ni obietnic, a ideologia, którą reprezentują, jest mi obca. Nie chcę się pod tym podpisywać.

Innym to wszystko nie przeszkadza, są w twoim wieku, też nic nie wiedzą, a się jak ty nie wymądrzają, robią, co trzeba i cicho siedzą! Ty też tak zrobisz, pójdziesz głosować! Nie będę z Tobą tu dyskutować!

Przeproś i poproś o wybaczenie! Uszy po sobie musisz położyć! – mówi wzrok matki, cała jej postać…

Lecz moje usta, drżąc już inaczej, jakby z wyzwaniem, jakby ze swadą… – Skoro wybory mamy wolne, czy nie są one więc dobrowolne…?

Tak! Te wybory są dobrowolne, ale nie dla ciebie! Dla ciebie, dopóki jesteś uczniem tej szkoły – wybory są obowiązkowe! W poniedziałek osobiście sprawdzę listę wyborczą i jeśli nie będzie tam Twojego podpisu – w trybie natychmiastowym przestajesz być uczniem tej szkoły! Koniec rozmowy! Żegnam!

Co sobie obiecałem, tego dotrzymałem. Grzybów zebrałem koszyk cały. Słońce, samotność, szum liści, wiatru powiew – scena, widownia, akompaniament – dla młodej piersi, by się zeń rwało, co pali duszę, co mrozi ciało – śpiewy po rosie, wycie w południe, raz brzmi okropnie, drugi raz cudnie…

Niedziela wyborcza przegłosowana, głos w lesie – lasu po chrypę oddany…

Do domu wchodzę już po ciemniaku, a kiedy światło się roziskrzyło – matkę ujrzałem w korytarzu – taką, jakiej tu jeszcze nie było…

Cała we łzach, oczy podkrążone, twarz sina, ręce załamane, głos załkany… Została Ci jeszcze synu godzina! Ugnij się, odstąp, nie rób mi tego i sobie, tyś moja pierwsza dziecina! Oni nie żartują! Wywalą Cię na zbity pysk! Weź małą, idź zagłosuj, co Ci ubędzie…?

Stoję nieruchomo, choć wewnątrz gotuje się i kipi wzruszenie, poruszenie i święty gniew… Postanowiłem sobie święcie, już w gabinecie dyrektora, że głosu swego nie oddam im do urny…

Dwuletnią siostrzyczkę biorę na ręce, mocno do siebie ją przytulam. Niewiele mówiąc idę w ciemność, obywatelską spełnić powinność…

Wręczam pisadło małej artysze, pisz! – mówię do niej – i ona pisze…zagłosowało dziecko dziarsko i zamaszyście poskreślało – w górę i na dół, w prawo, w lewo, a potem w urnę se wetknęło kopertę pełną takiej czystej – iluzji demo(n)kratycznej…

Vedi – Widzę i rozpoznaję, co widzę…

Czy pomiędzy obserwującym, a tym, co obserwowane może znajdować się coś, czego urządzenie rejestrujące nie widzi, a co wpływa na odbiór sytuacji i na dostęp do obserwowanego obiektu…?

Czy przyglądając się tej samej sytuacji, tym samym narzędziem poznawczym, w tym samym czasie, ale pod innym kątem – można dostrzec coś niedostrzeganego w pierwotnym ujęciu…?

Jeśli bacznie się przyjrzeć, (najlepiej powiększając), prawy, górny róg, powyższej fotografii – czy można tam dostrzec pewien efekt świetlny, odbijający dość wyraźnie od roślinnego tła…?

Wybory. Akt II. Jesień 1988 rok. Jednostka wojskowa Ludowego Wojska Polskiego.

Jakieś hałasy, jakieś światełko pełza po meblach… Żołnierzu! Widzimy was! Otwierać drzwi, bo wyważymy!

Takie schowanko! Z tym poświęceniem! I wytropiony – znów na godzinę, przed urn zawrzeniem…?

Żołnierzu! Tylko wy zostaliście! Jedno nazwisko brakuje na liście! Co wy tu kurwa odpierdalacie! Ja mam ze strażą pod bronią was doprowadzić do wykonania obywatelskiego obowiązku?

Obywatelu majorze – nie znam nikogo w tym mieście, nie wiem kim są ci na listach, nie chcę się pod tym podpisywać.

Nikt tutaj nie zna nikogo! Nikomu to nie przeszkadza! Kogo to kurwa obchodzi? Idziesz do urny gówniarzu, albo cię chuju zaniosą!

Obywatelu majorze! Postanowiłem – nie idę na te cholerne wybory. Są wolne i dobrowolne. Wybieram – nie iść. Nie idę!

Wybory będziesz mieć wolne, jak wyjdziesz stąd do cywila! Dopóki jesteś żołdakiem – nie ma dla ciebie wolności! Sto procent wojska głosuje, skąd ty się kurwa urwałeś? Zabrać barana do urny!

No i ponieśli nad schodami, w dwóch pod ramiona ująwszy, trzeci za nami z kałachem – tak do kabiny donieśli

Skreślam więc wszystkie nazwiska, Tolka Banana wybieram, wrzucam nieważną kopertę, głosem nikogo nie wspieram…

Były emocje – nie powiem, ale wewnętrznym chichotem podszyte, a mimo kołem przymusu łamania, znów z satysfakcją zostaję, bo słowam sobie dotrzymał – siłą, wbrew woli doniesion, nie znaczy przecie poszedłszy! 🙂

Veda – Patrzenie i rozpoznawanie tego, co się widzi…

Czy można, czy w ogóle da się – wrócić do poprzedniego punktu widzenia…?

Próbujemy na trzecim zdjęciu, ale tym razem – w prawym, dolnym rogu znajduje się inny motyw, też jakby nieroślinny…?

Czy jest coś, co łączy, te jakby świetlne koraliki, (z drugiego zdjęcia), z tym jakby piórkiem, (z trzeciego zdjęcia), i jak to się ma do oglądu całości…?

Wybory. Akt III. Wiosna 1989 roku. Duch rewolucji „Solidarności”, z duchem wolności (już rezerwisty), współbrzmi znacząco, wyraźnie, głośno – czy głosowaniem z woli jednostki ta komitywa się ziszcza…?

Wszystko się zgadza – nowa nadzieja, odpór komunie, przejrzysty wybór, każdy rozumie…

Lecz naraz coś z rozentuzjazmowanego społeczeństwa mnie alienuje…

Znajomy tętent dobiega, swąd jakoś dobrze mi znany, zastępy autorytetów biją w swe tarabany – Idź na wybory człowieku! Pobądź prawdziwym Polakiem! Zagłosuj, obywatelu, inaczej będziesz szmondakiem!

Co tak dudni w tym zgodnym chórze? Co tak śmierdzi w tym odgrzewanym kotlecie? – Że te społeczne elity, na okoliczność elekcji, dmą ego jednostki, karmią dumę plemienną? – Że to sztucznizną zajeżdża, a brzmi jak końskie zaloty?

Nie znam tych ludzi z list wyborczych. Nie wiem, czy mogę im zaufać. Wybierać sobie przywódców? – Znów nie chcę się pod tym podpisać!

Wybory Nowe wygrywa, beze mnie daje radę. A ja, z pewnego dystansu, przyglądam się i głos trzymam…

Praveda – Rozpoznawanie tego, co się widzi – patrząc przez czas…

Czyżby pomiędzy postrzegającym, a tym, co postrzegane – istniało coś, czego nie sposób dostrzec z jednego punktu widzenia, w danej przestrzeni, w określonym przedziale czasowym…?

Czy, aby poznać prawdę, muszę koncentrować się na rozpoznaniu tej, tu oto, odkrytej postaci…?, wyostrzać obraz i odgadywać: czerwony pająk / brunatny…?, tudzież odczytywać demaskujące ją znaki – pająk: krzyżak / gwiezdnik / półksiężycznik…?, albo określać jej charakterystykę: korp(oo)skularną / fal(l)ow(ersow)ą…? ;

czy może raczej – uważnie przyglądać się temu, czego ten obiekt się trzyma, a skoro tego nie widać – próbować innym razem, wielokrotnie, bądź doskonalszym aparatem postrzegania, różnymi aparatami, albo z innego ujęcia, z wielu ujęć…?,

czy może jedynie fakt, tego niewidzialnego zjawiska, potwierdzonego jednak dowodem widzialnym na istnienie czegoś, co może mieć wpływ na moje postrzeganie i działanie, a co znajduje się pomiędzy mną, a postrzeganym – mieć na uwadze…?

Tkanie sieci wymaga czasu, konstatacja jej istnienia jest jak moment przebudzenia – gwałtowny przebłysk świadomości od „nie ma” do „jest”…

Wybory. Akt IV. Jesień 2019 roku. Cóż pętla czasu dziś odkrywa, wobec kolejnej elekcyji?

Zdumienie czuciem nastolatka, co dyrektorom się nie kłaniał i kierowany głosem wnętrza, głosował roślinom, zwierzętom, sobie…

Teraz świadomie głos zachowuję. Władztwa nad sobą nie uznaję. Władzy nad nikim nie sprawuję. Żegnam systemy hierarchiczne – każdy nad sobą niech panuje! 🙂

Żadnej formacji teraz nie sprzyjam. Patrzę jak one się zmieniają, aż z wiatrem każda z nich przemija… Szczytne idee, wielcy ludzie, ogromne organizacje – sieci powiązań, linie podziałów, partie, odłamy, frakcje…

Prawo – po naszemu, normy, reformy, nowa ustawa, poprawki do załączników… Sprawiedliwość – zawsze po naszej stronie, nowa interpretacja starego przepisu, apelacja do apelacji…

Z obywatelskich praw i obowiązków, wybieram Obywatelskie Nieposłuszeństwo, a Bierny Opór do kompletu dla służb, organów i wszelkiej maści komitetów! 🙂

Prawda – nieprzetworzona informacja o tym, co ma, lub co miało miejsce…

Nie widać sieci pajęczej, gdy patrzeć przez nią na owoc cisu aparatem fotograficznym z telefonu, a czy widać przez najnowocześniejszy teleskop – sieć wzajemnych oddziaływań najodleglejszych ciał niebieskich…?, a czy widać przez najdoskonalszy mikroskop – sieć powiązań w świecie mikroorganizmów…?

A czy z satelity – widać siatkę geograficzną, granice państwowe, oponę atmosfery – gdy patrzeć zeń na Ziemię, orbitując…?

A czy patrząc na cokolwiek, przez jakiekolwiek obiektywy, albo i bezpośrednio, własnymi oczyma – widzę swoją sieć neuronową…?, filtry swojej percepcji…?, pryzmaty -zebranych doświadczeń, nabytych przekonań, zgromadzonej wiedzy, zatwierdzonych doktryn, wyznawanych dogmatów…?

Wybory. Epilog. Tu i teraz.

Dlaczego autorytety, tak usilnie zabiegają o oddanie pojedynczego głosu, a statystyczny suweren ma tak silne poczucie braku wpływu na wynik wyborów…?

Czy zatem, czysto logicznie rozumując – jeden zatrzymany głos, skoro takie budzi zaangażowanie – czy może mieć większą moc sprawczą, niż cała masa głosów oddanych…?

Jakie to ma znaczenie dla stada potężnych pasikoni, uzbrojonych po zęby, w tradycji, religii / ideologii, prawie, kulturze – osadzonych na swych uprzywilejowanych pozycjach, że jedna mrówa staje okoniem…? („Dawno temu w trawie…”:)

Pytanie – morał: Czy mam wolny wybór, pozostając elementem jakiejś zbiorowości, czy też, zaczyna się on tam, gdzie kończy się moja przynależność…?

Wybór – przyjęcie, bądź odrzucenie danej możliwości

Prawdziwy wybór – przyjęcie tego, co ma, lub miało miejsce, bądź odrzucenie tego, co nie ma, lub nie miało miejsca…?

Patrzę, a patrzę, świadom wszechsieci, który z tych grzybów w prawdzie mi stoi, który mą ufność na tyle budzi, by na surowo wziąć go do buzi i się nim dzielić z bliskimi wokół…?

Król – Amanita, Naczelnik – Borowik, którego władzę nad sobą uznać, któremu odtąd winienem ufać, któremu wierzyć, że jego demo(n)kracja, czerwiom korupcji niedostępna, ani nie pozrastana nigdzie grzybnią, z żadną mafiją, lipą, purchawą, czy sromotnikiem…?!?

Jeden z nich powszechnie uznany za toksycznego, o drugim zaś wiadomo, że na wskroś robaczywy; ten kapcaty, tamten durny – PO KIEGO GRZYBA SIĘGAĆ DO URNY…? 🙂

Komentuj, wnioskuj, proponuj a przede wszystkim pytaj! To pytania oświecają, nie odpowiedzi! Jest tylko jedno idiotyczne pytanie - nie zadane! :)